Arkham

Arkham 6 stycznia 1930 roku

Susan zaczyna przeglądać papiery. Opis jakiejś chatynki w górach i uroków pobliskich pejzaży. Potem problemy ze zbiorem winogron w Kalifornii i ciężkiej pracy wszystkich zbieraczy. Nadmienić należy, że praca kiepsko opłacana. Kolejne papiery i kolejne sprawy, które musiały zaprzątać głowę Silasa. Tym razem to problemy fabryki Forda dotyczące czarnej farby. Całość uzupełnia kolumna ogłoszeń o pracę w Sacramento i kilka opinii dostawców samochodów o nowych autach.

Tymczasem Ian ruszył po drewno, bo kominek szybko pochłania kolejne szczapy. Po kilku minutach wrócił. Harry zaniepokoił się tym i nawet pokuśtykał na zewnątrz by zobaczyć czy wszystko w porządku. Na szczęście Ian wrócił, choć nie obyło się bez przygód.

[21:03] <ian> – Znowu ktoś tam był. Nie widziałem twarzy, cała czarna postać.
[21:03] <harry> – Co? Czekał na ciebie?
[21:04] <ian> – Gdy podszedłem do niego na 20 kroków zaczął uciekać.
[21:04] <harry> – Ciekawe.
[21:04] <ian> – Nie zareagował, gdy krzyknąłem by zaczekał.
[21:04] <harry> – Taki trick.

Susan znajduje kolejny ciekawy materiał prasowy – tym razem o wielkim pożarze w Berkeley w Kalifornii. Zginęło tam prawie 60 osób a ponad 600 domów spłonęło doszczętnie.

Nieznajomy zbiegł do lasu więc nie było sensu by lecieć za nim. Tym bardziej, że mogło to się zakończyć tak, jak poprzednio. Dlatego znów postanowiono wrócić do przeglądania pudeł. Środek nocy nie sprzyjał ani dokładności ani koncentracji, ale napędzała wszystkich taka myśl, że tam, gdzieś pod tymi papierami, czai się tajemnica Silasa. Jej odkrycie odpowie na wszelkie pytania, które kłębią się w głowie każdego z osobna od dnia przyjazdu do Arkham.
Kolejna porcja wycinków z gazet i książek – tym razem o Bostonie.

Sen zaczyna morzyć Harrego. Ian zastawia przy drzwiach pułapkę w postaci pustej puszki po fasoli. W razie gdyby ktoś chciał dostać się do środka, to narobi niezłego hałasu i ostrzeże ich. Sam postanawia się zdrzemnąć zostawiając Susan sam na sam z papierami. Wcześniej trochę pospała więc teraz czuje się na siłach by trochę popracować.
Po dwóch godzinach przeglądania papierów dziewczyna budzi chłopaków by jej pomogli z kolejnymi pudłami. Za oknem robi się szaro a potem coraz bardziej jasno. W pudłach nie było nic nowego jeśli chodzi o zawartość ani nic odkrywczego jeśli chodzi o tematykę. Nadal sporo informacji z całych Stanów, wycinki z różnych wydarzeń – lokalnych i krajowych, do tego kilka felietonów i artykułów różnych ludzi. Nic, co by można było powiązać i wykorzystać w sprawie Silasa. I wtedy, po dłuższej chwili, do uszu siedzących w domu doszedł dźwięk auta, które zajechało przed dom. Lekkie przymulenie po nieprzespanej nocy opóźniło reakcje wszystkich, więc zdziwienie całego towarzystwa było wielkie.

[21:26] <susan> – Ktoś przyjechał.
[21:26] <ian> Patrzę przez okno.
[21:27] <mg> Widać jak jakiś mężczyzna przedziera się przez śnieg od samochodu do waszego domu. Ubrany w płaszcz, starszy, z kapeluszem na głowie i niewielką teczką w ręku. Nie widzieliście go wcześniej.
[21:29] <mg> Słychać pukanie do drzwi.
[21:29] <susan> Otwieram.
[21:31] <mg> W progu stoi starszy mężczyzna o zadbanej twarzy i zaciętości na twarzy. Zdejmuje stetsona z głowy i przedstawia się: Nazywam się Jefferson Marsters.
[21:31] <susan> Dzień dobry, proszę wejść.
[21:31] < Marsters > – Przyjechałem jak tylko dowiedziałem się o śmierci pana McCrindle. Jestem tu jak najszybciej się dało.
[21:31] <mg> Wchodzi i otrzepuje buty ze śniegu. Faktycznie sporo go napadało.
[21:32] <susan> – Susan Chambers – podaje mu rękę.
[21:32] < Marsters > – Witam panią. A państwo jesteście….? – zawiesza głos na chwilę…
[21:42] <ian> – Jestem Ian McGlearson, miło mi.
[21:42] <harry> Podaję dłoń – Harry La Fayette.
[21:43] < Marsters > – Przyjechałem z Bostonu, gdzie prowadzę niewielki antykwariat.
[21:43] <harry> – Może przejdźmy do rzeczy.
[21:43] <ian> – Zapraszamy do środka panie Marsters.
Jefferson Marsters
[21:45] <ian> – Jak widzi pan, nie jest to najlepszy moment na przyjmowanie gości więc prosimy o wyrozumiałość.
[21:45] < Marsters > – Nic nie szkodzi. Widzę, że to się nie zmieniło.
[21:46] <susan> – Kim pan jest?
[21:46] < Marsters > – Jak mówiłem, prowadzę niewielki antykwariat w Bostonie.
[21:46] <susan> – Aha.
[21:46] <harry> – No tak…
[21:46] <harry> – Ale co Pana wiąże z Silasem?
[21:46] < Marsters > – Z panem Silasem łączyły mnie interesy, jeśli to tak można nazwać.
[21:48] < Marsters > – Z tego, co wiem, miał całkiem niezłą kolekcję i prowadziliśmy rozmowy dotyczące odkupienia jego książek. Ale to, co się stało… Straszne…
[21:48] <ian> – Ma pan na myśli nieszczęśliwy wypadek pana Silasa?
[21:48] <mg> Nie widać po nim by był zmartwiony specjalnie
[21:49] <marsters> Tak, ten wypadek.
[21:49] <marsters> – Wszystko dobrze, ale w takim razie co państwo robią w jego domu?
[21:49] <harry> – To Pan dostarczył Silasowi te książki na strychu?
[21:50] < Marsters > – A są tu jakieś książki? – wyraźnie się ożywił.
[21:50] <susan> – Teraz to w sumie nasz dom.
[21:50] <ian> – Jesteśmy prawnymi spadkobiercami Silasa.
[21:50] <mg> – Wspaniale, wspaniale… – chyba pierwszy raz się uśmiechnął.
[21:50] <harry> Uśmiecham się.
[21:51] <susan> – A pan w jakim celu przybył?
[21:51] < Marsters > – To może w takim razie z państwem uda mi się dokończyć to, co zacząłem z Silasem. Przyjechałem właśnie w interesach….
[21:51] <harry> – Ciekawe.
[21:51] <susan> – Proszę kontynuować.
[21:51] <ian> – Wybaczy pan moją dociekliwość, ale skąd dotarła do pana wiadomość o tragedii jaką spotkała Silasa?
[21:52] < Marsters > Pan McCrindle był bardzo ostrożnym człowiekiem, co w tych czasach jest bardzo na miejscu. I chcieliśmy zawrzeć transakcję sprzedaży oficjalnie, z poświadczeniem notarialnym. Jak zadzwoniłem do prawnika, który to miał prowadzić, to powiedział mi że pan Silas nie żyje.
[21:53] <susan> – Jak się ten prawnik nazywał?
[21:53] < Marsters > – Nichols.
[21:54] <susan> Kiwam głową.
[21:54] < Marsters > – To pomyślałem, że skoro nie żyje to pewnie majątek przejmie bank lub miasto, więc będę mógł odkupić książki.
[21:54] <susan> – a o jakie książki konkretnie chodzi?
[21:55] < Marsters > – Chodzi mi o książki. Generalnie i w całości. Musiałbym zobaczyć je zobaczyć by móc je dokładnie ocenić. Ale w takiej sytuacji jak teraz nie wiem, jakie macie państwo dyspozycje odnośnie majątku pana McCrindle. Czy chcecie się pozbyć tych rzeczy czy zatrzymać?
[21:56] <susan> – Proszę nam zostawić wizytówkę to skontaktujemy się z panem jak tylko dopełnimy wszelkich formalności. I porozmawiamy o szczegółach.

[21:56] < Marsters > – Mam dla państwa bardzo ciekawą ofertę, naprawdę ciekawą.
[21:57] < Marsters > – Tylko, że mam na nią dwa dni – to znaczy będzie obowiązywać przez dwa dni.
[21:58] <ian> – Oczywiście z chęcią posłuchamy tylko musimy dopełnić wcześniej formalności u pana Nicholsa by w ogóle móc zacząć jakiekolwiek rozmowy.
[21:58] < Marsters > – Rozumiem, dlatego mam dwa dni. Ja rozumiem.
[21:57] <harry> Ale może Pan nam opowie czym Silas się interesował?
[21:57] < Marsters > – Nie wiem, czym się interesował. Ważne, że miał książki.
[21:57] <susan> – On się z panem skontaktował?
[21:58] < Marsters > – Tak, przyjeżdżał do mnie do Bostonu. Przyjechał jeszcze w listopadzie do mnie z książką. Bardzo ciekawą – francuskie wydanie “Nędzników” bardzo cenne. Chciał to wycenić. A jak powiedziałem cenę to zaraz się ucieszył. I powiedział, że ma tego więcej. Sami państwo rozumiecie, że jak, jako antykwariusz nie mogłem pozostać wobec tego obojętny. Wstępnie się umówiliśmy na przejrzenie zbiorów. Ale już nie zdążył….
[22:00] <susan> – A dlaczego tylko dwa dni ma pan?
[22:01] < Marsters > – Dlatego, że mam samochód i ludzi przez ten czas a moja oferta dotyczy wszystkich książek, jakie posiadał pan McCrindle. Potem po prostu nie będę miał już okazji tego załatwić za jednym zamachem i będzie się to wlokło.
[22:02] <harry> – Ach… pan chce kupić wszystko.
[22:03] < Marsters > – Dokładnie. Z tego, co opowiadał pan Silas to miał tego trochę. Dlatego w ciemno bym kupił wszystko. Nawet ewentualne zwykłe książki. Będę miał ludzi, którzy mi pomogą w segregacji.
[22:03] <harry> – Jaka cena?
[22:03] < Marsters > – I tu sądzę, że się dogadamy.
[22:03] <mg> Uśmiechnął się.
[22:06] <susan> – Proszę jeszcze powiedzieć, kiedy pan Silas podjął decyzje o sprzedaży książek?
[22:06] < Marsters > – -Tak na początku grudnia
[22:04] <susan> – Proszę zostawić wizytówkę. Skontaktujemy się z panem jutro lub pojutrze.
[22:09] <mg> Zostawia wam wizytówkę i zapisuje hotel, w którym przebywa obecnie.
[22:11] <ian> – Dobrze, to w takim razie postaramy się, aby z naszej strony formalności nie zwlekały.
[22:11] <ian> – Jaka była pańska ostatnia oferta, jaką wystosował pan Silasowi?
[22:15] < Marsters > – Ostatnio proponowałem 200 dolarów, ale to były inne warunki. Bo chodziło o kilka wybranych książek. Ja bym miał teraz ofertę całościową i oczywiście dużo bardziej opłacalną.
[22:16] <susan> – To dlaczego nie da nam pan listy tytułów które chce pan zakupić? Czemu wszystkie chce pan kupować?
[22:18] < Marsters > Nie mam takiej listy, bo pan McCrindle nie powiedział mi, co ma w kolekcji. A chcę wszystkie, bo szkoda by się zmarnowały i przepadły. Mam okazję, środki i ludzi by temu podołać. Nie wiem, czy państwo są bibliofilami, ale jeśli nie to takie książki są tylko zbędnym balastem. W dodatku tutaj, bez obrazy, takie książki długo nie poleżą i zniszczeją. Wilgoć, ogień…nieszczęścia chodzą niestety po ludziach…
[22:19] <susan> – Oczywiście ma pan racje, ale musimy oficjalnie dostać papiery ich posiadania zanim podejmiemy jakiekolwiek decyzję.
[22:20] < Marsters > – Ja to rozumiem. Jak już państwo będą je mieć to zapraszam do siebie i przegadamy sprawę tych książek.
[22:21] <ian> – dobrze, to w takim razie pozostajemy w kontakcie.
[22:21] < Marsters > – Oczywiście.
[22:24] <ian> Odprowadzamy pana Marstersa do drzwi.
[22:24] Harry wbija wzrok Marstersa. (wsadzę mu scyzor w dupę co za kmiot nieszczęścia chodzą niestety po ludziach … jeszcze zadynda na drzewie)
[22:24] <mg> Przedziera się przez śnieg do samochodu i rusza do miasta. Nawet się nie obejrzał.

Po wyjściu Marstersa stało się jasne, że książki zgromadzone przez Silasa nie są takie zwykłe. Może nie być w nich niczego szczególnego, ale same w sobie stanowią całkiem niezłą wartość. Jeśli ktoś chce zapłacić za nie w ciemno 200 dolarów to znaczy, że coś tutaj jest na rzeczy. Wszyscy zasiedli na górze i zaczęli wertować pudła. Choć za oknem nastał śnieżny ranek, to dziś jeszcze czekała wszystkich wizyta u prawnika. Książki należało przejrzeć by wiedzieć, co w nich jest. Dlatego postanowiono przejrzeć wszystko do południa. Przeglądając wszystko – okładki, tytuły i czy coś nie zwróci szczególnej uwagi kogokolwiek. Książek nikt nie wysypuje by czegoś nie uszkodzić, ale i tak jest mało czasu. Nie starczy go na przejrzenie zawartości dzieł, jeśli jakieś się trafią.

Zaczyna się przekładanie kartek, otwieranie okładek, krztuszenie się kurzem oraz przeglądanie pozycji, które widzi się pierwszy raz w życiu. Ian robi dla wszystkich herbatę i przynosi po puszce z fasolą na wzmocnienie, jako namiastka dobrego śniadania. Tymczasem kolejne ciekawe książki ukazują swoje oblicza. Książki kucharskie, jakieś wiersze, coś o grzybach, jakieś przygody z Australii, wierzenia z Polinezji, układanie kwiatów, coś o szkodnikach ogrodowych, jakieś francuskie romansidło. Niemieckie książki, jedna nawet z pentagramem. Książki o skautingu, hodowla roślin – szczególnie grzybów. Do tego podróże po Meksyku i zwyczaje kóz. Dużo jest historycznych książek – z okolic i tych dalszych miejsc. Harrego zaintrygowała książka o kozach. Po przekartkowaniu doszedł do przekonania, że chyba musi być o kozach, bo ciągle coś tam o nich jest, choć zastanawiające, że w kontekście lasu. Ale może to specjalny gatunek kóz.
I znów – hodowla grzybów, grupa książek pisana po arabsku albo w innych językach o podobnie wyglądających literach. Jedna książka z cyferkami, cała wypełniona nimi. W innej są odręczne obrazki domków i ludzi. Nie mają tytułów a są pisane ręcznie. I tony bajek, powieści, romansideł i pamiętników – w tym markiza de Sade. Harry odłożył sobie markiza.
Poza markizem odłożono w sumie 15 książek, które zwróciły uwagę całej trójki – okładką, wiekiem lub zawartością. Dzwon miejski wybił 12. Czas było ruszać do prawnika. Harry nie mógł chodzić więc zgłosił się by zostać i popilnować książek, podczas gdy Ian i Susan mając jego pełnomocnictwo załatwią całą resztę. Część książek biorą ze sobą – Susan bierze tą z cyferkami i malunkami, Ian zaś tą o Polinezji. Harry zostaje zaś z całym księgozbiorem. Na odchodnym jeszcze prosił by kupili strzelby, latarki, lampy i liny. Nie wiadomo, co może się przydać a według muzyka jeszcze trochę tu spędzą czasu.
Na werandzie, gdy już Ian z Susan zbierali się do wyjścia, dostrzegli leżący szary gałganek z czerwonymi cętkami. Wyglądał jak zakrwawiona szmatka lub kawałek mięsa. Z bliska okazało się to wypatroszoną wiewiórką. Nie leżała jednak tak bez przyczyny. Na drzwiach ktoś wymalował krwawy napis „ŚMIERĆ”.
Ian co nieco czytał o takich rzeczach:

[23:07] <ian> Z czymś mi się takie zawiniątko kojarzy? Z antropologii?
[23:08] <mg> Rytualna ofiara.
[23:08] <ian> Widziałem coś takiego na Karaibach?
[23:09] <mg> Tak, w różnych wersjach….rytualna ofiara by przyzwać złe duchy lub je odegnać. Zostawiana przez szamana lub przez złego człowieka.
[23:12] <ian> Przyzywanie jest związane z miejscem gdzie położono ofiarę?
[23:12] <mg> Tak, ale nie tylko konkretnym tam, gdzie leży ale może to być dom, wioska, polana czy las.

Jednak to nie zraziło Harrego by zostać.

[23:22] <susan> – Dobra, to ostateczna decyzja…Harry zostaje czy idzie z nami?
[23:23] <ian> – Idzie. Jak widać za dużo dziwnych rzeczy się tu dzieje.
[23:23] <harry> – Zostaje.
[23:24] <ian> – Począwszy od śmierci Silasa po nasze dotychczasowe przygody. Już wiem czemu ktoś próbuje nas nastraszyć. Załatwcie to szybko i wracajcie. Ja popilnuje domu.

I tak część drużyny ruszyła do miasta do prawnika a Harry został na włościach i miał ich pilnować do czasu powrotu Iana i Susan.
Śniegu napadało naprawdę sporo. Padało przez całą noc, od czasu wyprawy za śladami do lasu. Teraz jest go na tyle, że samochody kopały się w śniegu i koło chowało się po oś. Aylesbury Pike nie była specjalnie odśnieżona i tylko wyjeżdżona koleina od samochodów ułatwiała poruszanie się. Dotarcie do telefonu na Boundary Street było nie lada wyczynem, ale się udało.
Tymczasem Harry zatapia się w lekturze książki, która tak go poprzednio zaciekawiła i traktowała o kozach. Jej tytuł „Monsters an their kynde” był na tyle intrygujący, że to właśnie tą książkę Księga "Monsters and their kynde"wybrał. Muzyk myślał, że to może jakieś cygańskie baśnie i z tą wiarą wchodził coraz bardziej w kolejne strony opasłej lektury. Co jakiś czas podnosił wzrok i rozglądał się wokół i nasłuchiwał, czy ktoś nie kręci się w pobliżu lub nie dzieje się nic niepokojącego w okolicy.
Tymczasem Ian i Susan wzięli taksówkę i ruszyli do kancelarii adwokackiej, gdzie pracował Nicholas. Taksiarz nie był rozmowny, a może to kwestia tego, że dwójce podróżnych się po prostu spieszyło. Nie wiedział nic o tym, by coś ruszyło się w sprawie wyłowionego topielca z dnia wczorajszego. I tak pewnie by nie dało się porozmawiać za długo, bo droga do centrum trwała zaledwie kilka minut. Robiło się zimno i niewątpliwie zima nie zamierzała odpuszczać.
Przez kancelarię i niewielki korytarzyk dwójka Badaczy trafiła do pokoju Nicholsa. Panował w nim bałagan. Wszędzie walały się dokumenty, teczki i segregatory. Nichols przywitał ich i zaproponował coś do picia. Zaczęła się rozmowa.

[20:11] <nichols> – Proszę, usiądźcie. Czego się państwo napiją?
[20:11] <susan> – Poproszę kawę.
[20:11] <ian> – Ja też. Mam też tu dla pana pełnomocnictwo od pana La Fayette. Niestety nie był w stanie się pojawić dziś u pana.
[20:16] <mg> Bierze pełnomocnictwo i czyta.
[20:16] < Nichols > – Dobrze. Bardzo dobrze. Jak państwu minął weekend?
[20:16] <susan> – Nie najgorzej, a panu?
[20:17] < Nichols > – Praca, praca… Z początkiem roku robi się porządki, odkurza stare umowy, przedłuża i takie tam księgowe rzeczy. Nie chcę jednak państwa zanudzać szczegółami – uśmiechnął się i spojrzał na jeden z dokumentów na biurku.
[20:21] < Nichols > – Złożyłem już papiery w magistracie. Jeszcze w piątek, a dziś dostałem potwierdzenie, że dokumenty będą na jutro najwcześniej. Ale za to już formalnie będziecie właścicielami domu. Procedury hipoteczne są jednak nieubłagane. Jednak możecie już rozporządzać majątkiem dowolnie, gdyż zapis testamentowy jest prawomocny jeszcze dwa miesiące po uwolnieniu, więc nie ma tutaj najmniejszego problemu w tej kwestii.
[20:22] <susan> – Czy pan Silas poza domem ma gdzieś zdeponowane jeszcze jakieś ruchomości?
[20:23] <susan> – I jak rozumiem oszczędności również w domu nie trzymał, wiec pewnie dostęp do rachunku bankowego uzyskamy automatycznie?
[20:23] < Nichols > Porządkujemy teraz wszelkie dokumenty i naszych klientów, którzy już nie mają u nas spraw przechodzą do archiwum. Nie widziałem niczego więcej, jeśli chodzi o ruchomości. Hmmm….pieniędzy w testamencie nie zapisał z tego co pamiętam. Więc o żadnym koncie bankowym nie wiem niestety. Jeśli miał to prywatne i niezgłoszone w naszej kancelarii.
[20:26] <susan> – Ale rozumiem ze dokumenty potwierdzające fakt przejęcia majątku otrzymamy od pana?
[20:28] < Nichols > – Tak, oczywiście. Wszystko ode mnie. Jeśli państwo zatrzymali się w hotelu to jak tylko będą gotowe to pchnę jakiegoś gońca do państwa. Jeśli nie, to mogę go posłać w każde miejsce w Arkham.
[20:29] <susan> – Może po prostu zgłosimy się do pana po nie.
[20:31] < Nichols > – Dobrze, proszę jutro po południu przyjść. Jeśli będą, to od razu byśmy załatwili wszelkie formalności.
[20:31] <susan> – Proszę nam jeszcze powiedzieć coś o niejakim panu Marstersie.
[20:18] <susan> – Odwiedził nas on, i twierdził, że uzgodnił pan z nim część sprzedaży księgozbioru pana Silasa.
[20:33] < Nichols > – Masters…Masters….nie przypominam sobie…
[20:33] <susan> – Antykwariusz z Bostonu.
[20:35] <ian> – Marsters dokładnie.
[20:37] < Nichols > – Nie wiem, nie znam….
[20:37] <susan> – Jest pan pewien?
[20:38] <ian> – Jeśli dobrze to pan Marsters wspominał, że mieli razem z Silasem przyjść do pana, aby poświadczyć notarialnie transakcje sprzedaży książek.
[20:38] < Nichols > – Tak, bym pamiętał coś takiego.
[20:39] <susan> – Aha to ciekawe.
[20:39] <ian> – A z tego Marsters mówił to targu jeszcze nie dobili, więc jeszcze nie było potrzeby.
[20:40] < Nichols > – Nie, nic nie wspominał mi pan McCrindle by sprzedawał coś.
[20:40] <ian> – Ale być może Silas wspominał panu, że chciałby takiego notarialnego poświadczenia?
[20:40] <susan> – Panie Nichols, a kiedy pan McCrindle zapisał ten testament?
[20:41] < Nichols > Ten testament był spisywany… – proszę poczekać chwilkę.- Mam…sprzed 2 lat. Tak, dwa lata temu został spisany.
[20:47] <ian> – To wtedy tez wskazał nas jako spadkobierców?
[20:47] < Nichols > – Tak, Został spisany cały testament w jednogłośnym brzmieniu.
[20:49] <susan> – A kiedy pan ostatnio widział pana Silasa?
[20:55] < Nichols > – Ostatni raz to chyba na jesieni. Tak, kiedyś widziałem go niedaleko Uniwersytetu.
[20:56] <susan> – W okresie przed śmiercią nie kontaktował się pan z nim?
[20:57] < Nichols > – Nie, nic takiego. Nie widzieliśmy się.
[20:58] <ian> – W porządku, a ma pan może jakieś w miarę aktualne zdjęcie Silasa?
[21:01] < Nichols > – Hmm….nie, nie mam. Nie wymagamy zdjęć klientów.
[21:01] <susan> – Orientuje się pan co pan Silas robił na uniwersytecie?
[21:02] < Nichols > – Nie wiem, widywałem go tam, ale co on tam robił to nie wiem.
[21:03] <susan> – Na jakimś konkretnym wydziale?
[21:11] < Nichols > – Nie, przejazdem tylko. Zwykle spacerował.
[21:12] <susan> – Dobrze, dziękujemy panu i do zobaczenia jutro po południu.
[21:12] < Nichols > – Dobrze, zapraszam na jutro.
[21:13] <ian> – Dziękujemy i do widzenia.
[21:13] < Nichols > – Do widzenia.

Potem wizyta w sklepie i zakup dwóch latarek i gazety. Tak uzbrojeni ruszyli do hotelu by się odświeżyć. Tymczasem u Harrego…
Chłopak wgłębiał się coraz bardziej w świat książki. Czytając ją przypominały mu się bajania babki, jeszcze w Orleanie, która mówiła o moczarach i stworach tam się czających. Jej mroczne opowieści jakby żywcem zostały wyjęte z tej książki a jej lektura z każdą stroną stawała się coraz bardziej niepokojąca. W dodatku widać było, że książka jest stara i już raz się rozpadła. Ktoś poskładał ją do kupy i posklejał, ale nie do końca wyszło to tak, jak powinno bo kartki są wsadzone odwrotnie albo w złej kolejności. Harry odłożył książkę by chwilę odetchnąć i przemyśleć to, co przeczytał.
Wtedy słychać za oknem podjeżdżający samochód. Zerknięcie przez okno ukazuje furgonetkę z przedłużonym tyłem. Wysypują się z niej ludzie w krótkich kurtkach, z łomami oraz pałkami w rękach. Harry chwyta książki, które udało się odseparować i które miał przy sobie i rusza na górę. Noga zaczyna pobolewać, ale jakoś udaje mu się dostać na strych. W tym czasie drzwi pękają i słychać podkute buty na drewnianej podłodze. Ludzie w środku zaczynają przeszukiwać pomieszczenia. Harry czym prędzej wrzuca książki na dach i stara się by robić to jak najszybciej i jak najciszej. Noga zaczyna naprawdę solidnie dokuczać, ale ból jest niemal nieodczuwalny. Adrenalina zaczyna pracować i liczy się tylko to, co uda się uratować. Zamiary gości są dość jasne i Harry nie zamierza ułatwiać im zadania. Udało się dwie księgi wziąć na górę. Reszta zostaje na strychu przywalona innymi książkami, które udało się porozrzucać. Napastnicy są coraz bliżej. Chłopak wchodzi na drabinę i z niej na dach. Piękno okolicy już tak nie urzeka jak poprzednio, bo i okoliczności się zmieniły.

[20:59] <mg> Słyszysz z dołu: ZŁAŹ BO STRZELAM CIECIU!!!

Jeden z napastników czekał na dole z pistoletem gotowym do strzału. Przy wejściu na górę już też było słychać odgłosy pogoni.

[21:00] <harry> Spokojnie! Zaraz Marszal i jego chłopcy przyjadą!!!! Więc strzelaj kmiocie!!!
[21:02] <mg> Nie słychać strzału. A z dołu ktoś rozbił świetlik. Szkło posypało się wokół.

Harry wyjął nóż sprężynowy. Jak tylko wychyliła się ze świetlika głowa to pchnął. Łysol zbił cios ręką i schował się.

[21:04] <harry> NO DALEJ!!!
[21:04] <harry> POLICJA JUŻ JEDZIE!!!
[21:04] <harry> STRZELAJ!!!!
[21:04] <harry> MATKO JEBCO!!!

Znów łysol wynurzył się ze świetlika. Tym razem pchnięcie wbiło mu nóż w rękę aż po rękojeść. Tymczasem jego druga ręka zatoczyła łuk i gruchnęła w bok głowy. Aż zadzwoniły zęby od siły jego ciosu. Jednak Harry się nie poddawał i złapał gościa za ramię. Sczepili się i chłopak wyciągnął gościa na dach. Dwójka walczących przetoczyła się po spadzie i spadła na dół. Uderzenie zabolało, ale Harry spadł na osiłka, więc jakoś obyło się chyba bez niczego złamanego. Tymczasem stojący na dole ruszył do chłopaka i zaczyna go kopać. Harry udaje martwego, ale niezbyt dobrze mu się to udaje. Szczególnie, że spadają na niego razy w brzuch i plecy. Kopniaki są solidne i bolące.

[21:10] <mg> – Masz śmieciu, kurwa!!!!! Zdychaj ścierwo!!!! – i parę kopów poszło.
[21:11] <mg> Jeszcze słyszałeś jak ktoś wybiera z domu…
[21:11] <mg> Potem już tylko ciemność.

Tymczasem pozostali spadkobiercy, w hotelu odświeżali się i szykowali do powrotu do domu Silasa. Przeczytanie gazety nie ujawniło niczego nowego, a spokój miejsca dał niezłą chwilę odpoczynku. Starsza miła pani wspominała, że jest prześliczna zimowa pogoda i narzekała, że takiej na święta nie było. Susan płaci za jeszcze dwa dni za siebie i za Harrego. Gdy już wszystko było załatwione, to dwójka rusza na ulicę w poszukiwaniu budki z telefonem. Jednak zanim przyjedzie taksówka, Susan zamawia rozmowę z Greenwood, z miejscowym policjantem.

[21:30] <policjant> – Policja w Greenwood, słucham?
[21:31] <susan> – Dzień dobry, Susan Chambers z tej strony. Dwa dni temu rozmawialiśmy w sprawie pana doktora Abnera Harrisona i ucieczki przestępcy ze szpitala psychiatrycznego.
[21:31] <policjant> – Witam (męski głos, ale nie słyszałaś go poprzednio)
[21:32] <policjant> – To w takim razie przekazuję komendanta.
[21:32] <susan> – Dziękuję.
[21:32] <mg> (Chwila jakichś szurgotań)
[21:34] <perkins> – Słucham.
[21:34] <susan> Powtarzam tą sama kwestie.
[21:34] <mg> (ten samo głos, co poprzednio – znaczy komendanta)
[21:35] < Perkins > – Tak, pamiętam. W tej sprawie nic się nie zmieniło. Trochę posypał śnieg, ale jak stopnieje to ciało wyciągniemy, proszę nie nie niepokoić.
[21:35] <susan> – Przepraszam, ale czyje ciało? Darcusa?
[21:36] < Perkins > _ Oczywiście, że jego. Ścierwo wyjdzie zawsze….
[21:37] <susan> – A rozmawiali państwo z doktorem Harrisonem?
[21:38] < Perkins > – Nie, dom ZAMKNIĘTY, nie widać śladów bytności czy włamania. Zatem urlop gdzieś w ciepłych krajach.
[21:39] <susan> – Hmm. A może mi pan opisać, jak wygląda doktor Harrison?
[21:40] < Perkins > Wysoki, chudy, z gęstą czupryną i okularkami.
[21:40] <susan> – Dziękuję w takim razie, do widzenia panu.
[21:41] < Perkins > – Do widzenia.

Teraz taksówka i przejażdżka do domu i Harrego. Pustka przed domem, ślady opon, liczne ślady butów, wyłamane drzwi i cisza – to wszystko przywitało dwójkę towarzyszy.

[21:44] <susan> Widać gdzieś Harrego?
[21:44] <mg> Zdeptany śnieg jest wszędzie.
[21:44] <mg> Nie, nie widać.
[21:45] <susan> – Mam nadzieje, ze to jego fani…Wysiadam z auta. Poczeka pan?
[21:45] <mg> – Jasne – kiwa głową taksiarz.
[21:46] <ian> Też wysiadam i biegnę do domku.
[21:46] <susan> – Harry, Harry!
[21:46] <mg> – Odpowiada cisza.
[21:47] <susan> Cicho zupełnie?
[21:48] <ian> W salonie nic?
[21:48] <mg> Wchodzicie do środka.
[21:48] <mg> Widać, że drzwi wyłamano. I to kopniakiem. W środku rozpierducha aż miło. Wszystko poprzewracane, porozwalane, połamane i podarte…
[21:50] <susan> Rozglądamy się.
[21:50] <mg> Nikogo nie widać. Wszystko porozwalane.
[21:51] <susan> Ale wszystko totalnie łącznie z meblami czy raczej tylko te kartony?
[21:51] <mg> kartony, meble, kanapa, wszystko.
[21:52] <susan> Zaczynam szukać jakiś śladów. Salon, kuchnia…
[21:52] <ian> Biegnę na górę.
[21:52] <mg> Brak, dużo błota, śniegu – szczególnie na drodze między schodami na górę a wyjściem. Jakby tędy biegł szlak wędrówek
[21:52] <susan> Idę za Ianem. Ostrożnie.
[21:53] <mg> Na górze to samo, totalna masakra – wszystko porozwalane, choć znacznie, znacznie mniej.
[21:53] <mg> I już wiecie dlaczego…Nie ma książek.
[21:54] <susan> Czyli są kartony z papierami?
[21:54] <mg> Przy świetliku jest trochę szkła i śniegu – resztki ramy zwisają smętnie z góry…
[21:54] <susan> A kartonów z książkami nie ma?
[21:54] <mg> Kartony zostały tylko książek nie ma.
[21:54] <susan> Nigdzie nie widać Harrego?
[21:55] <mg> Nie, nigdzie.
[21:55] <susan> – Ianie, wyjrzysz na dach?
[21:56] <ian> Wchodzę na drabinkę.
[21:56] <mg> Widzisz na nich kropelki krwi.
[21:57] <ian> Wyciągam nóż.
[21:57] <mg> Wchodzisz na górę?
[21:59] <ian> Tak.
[21:59] <mg> Na górze widzisz więcej krwi i oznaki tarzania się lub szamotania. Poza tym nic więcej…
[21:59] <susan> Ja wyjdę na zewnątrz i obejdę dom wokół.
[22:00] <ian> Schodzę za Susan.
[22:00] <mg> Wychodzisz na zewnątrz. Pod dachem przy szerokiej stronie widać krew na śniegu. Jest ona prawie tam, gdzie na górze jest wyjście na dach…Poza tym ślady ciągnące do drewutni….Także zakrwawione….
[22:01] <susan> Pojedyncze?
[22:01] <mg> Nie, wiele śladów….

Przy drewutni wiele śladów, jakby kogoś wleczono. Wszędzie krew i śnieg. Nie wróżyło to niczego dobrego. Ian otwiera drewniane drzwi drewutni…

[22:07] <mg> W środku, na drewnianych szczapach leży Harry…
[22:07] <susan> Tylko on?
Biedny Harry
[22:07] <mg> Tak, tylko on.
[22:08] <susan> Podchodzę do niego. Żyje?
[22:08] <mg> Sprawdzasz puls…..
[22:08] <mg> …..
[22:08] <mg> …..
[22:08] <mg> …..
[22:08] <mg> …..
[22:08] <mg> pik…..
[22:08] <mg> …..
[22:08] <mg> ….
[22:08] <mg> Coś jest. Tętno ledwo wyczuwalne….
[22:09] <susan> Widać żeby krwawił cały czas albo jakieś urazy otwarte?
[22:09] <ian> Biegnę do taksówkarza.
[22:09] <mg> Pobity, możliwe połamane żebra, obrażenia wewnętrzne. Krwawi z twarzy – po kilku prostych jest.
[22:10] <mg> Ianie – dopadasz do taksówkarza.
[22:11] <ian> – SZYBKO! KARETKE PAN WZYWAJ I POLICJE!!
[22:11] <ian> – TAM JEST UMIERAJACY CZLOWIEK!!
[22:11] <mg> – Już pędzę….- Odpala auto i wyrywa ile maszyna daje w stronę miasta.
[22:12] <susan> Dobra, ja zdejmuję Harrego z tych szczapek i kładę na ziemi.
[22:12] <mg> Zrobiło się cicho…
[22:12] <ian> Wracam do drewutni.
[22:12] <mg> Nawet ptactwo umilkło…
[22:12] <susan> Rozglądam się.
[22:14] <mg> Harry leży w drewutni, zapach krwi jest bardzo intensywny…Nikogo nie widać w pobliżu…
[22:14] <ian> Dobiegam?
[22:14] <mg> Tak, dobiegasz
[22:14] <susan> – Przynieś koce z domu jak cos znajdziesz.
[22:15] <ian> – Ok zaraz będę!
[22:16] <susan> Macam Harrego. Jakieś złamania?
[22:16] <mg> Ian biegnie do domu po koce. Patrzysz, co tam zostało zrobione…
[22:17] <mg> Widzisz, że jest solidnie pobity…pewnie kopany…kilka żeber połamanych…ręce całe, nogi wyglądają też w porządku. Nie wiadomo, co w środku, ale może jakieś odbicia się przytrafią… Trochę krwawi z ust – może płuco a może nie.
[22:18] <susan> Głowa?
[22:18] <mg> Twarz obita, ale głowa cała.
[22:18] <susan> Gmeram palcem w ustach, zęby?
[22:18] <mg> Oczy całe, dwa zęby wybite.
[22:18] <susan> Rany?
[22:18] <mg> Ran nie widać, od bicia tylko zdarta skóra, ale nie rozcięta czy przypalana.
[22:19] <susan> Zaglądam mu do ust – widać żeby coś tam krwawiło?
[22:19] <mg> Po zębach dziury, wewnętrzne strony policzków…
[22:20] <susan> Reaguje jakoś?
[22:20] <mg> Nieprzytomny….
[22:21] <susan> Dobra, Ian pojawił się z tymi kocami?
[22:22] <mg> Tak, przybiega w końcu z nimi – powiedzmy, że resztkami z narzuty z kanapy bo koców to nie było jako takich.
[22:22] <susan> – Połóż je na ziemi i pomóż mi przenieść go.
[22:23] <mg> Ze wskazówkami Susan udało się ułożyć Harrego na szmacie na ziemi.
[22:24] <mg> Od strony miasta słychać sygnał karetki.

Wreszcie karetka zajeżdża i sanitariusze zabierają Harrego na noszach do szpitala pod wezwaniem Świętej Marii. Chłopak oddycha, choć puls ma nierówny. Stracił trochę krwi, jest poobijany i będzie teraz przechodził rekonwalescencję. Karetka odjechała a Ian i Susan zostali sami przed domem.
Ambulans
Nieopodal jest jeszcze taksiarz, który zawiadomił pogotowie i policję. Ian mu podziękował, ale porozmawiać nie mógł bo zaraz zajechał przed dom samochód policyjny. Jeden z policjantów, w cywilu i zawadiackim stetsonem, podszedł do Badaczy. Był ubrany w skórzany płaszcz, czarny szalik oraz wysokie buty. Był w miarę młody, z wąsami i bystrym spojrzeniem w oczach. Jego ludzie zaraz rozbiegli się wokół. Zajechało jeszcze jedno auto. Wyszedł z niego fotograf. Policjant w cywilu w spokoju patrzył na to wszystko w skupieniu. Wyciągnął notesik z kieszeni, ołówek z drugiej i zaczął.

[22:34] <stuckey> – Witam – mówi policjant – jestem detektyw Stuckey.
Ray Stuckey[22:34] <susan> – Dzień dobry panu.
[22:34] < Stuckey > – Państwo jesteście świadkami zdarzenia?
[22:34] <susan> – Nie do końca świadkami.
[22:34] <susan> – Znaleźliśmy go.
[22:34] <ian> – Właściwie świadkami post factum.
[22:35] < Stuckey > – To proszę opisać to, co tu państwo widzieli.
[22:35] <susan> – Wróciliśmy do domu właśnie po kolegę, który nie mógł za bardzo chodzić, bo miał zwichniętą nogę. Zastaliśmy zupełny bałagan a kolegę znaleźliśmy w drewutni za domem idąc śladami krwi. Zniknęły wszystkie książki.
[22:36] < Stuckey > Czyli mogło być to na tle rabunkowym?
[22:37] <ian> – Z pewnością. Dotkliwie pobili kolegę i wyczyścili wszystko.
[22:37] < Stuckey > Czy domyślają się państwo co mogło zginąć? Czy były tutaj jakieś cenne egzemplarze?
[22:38] <susan> – Nie wiemy. Dom odziedziczyliśmy niedawno.
[22:38] <ian> – Podyktuje panu tytuły, które pamiętam.
[22:39] < Stuckey > – Dobrze, to teraz pozwolą państwo, że się rozejrzę. Proszę odpocząć przez ten czas w hotelu. Zajmie nam to chwilę. O wynikach proszę dowiadywać się na komisariacie i pytać o mnie.
[22:39] <susan> – Dzisiaj rano pojawił się u nas pewien pan, który się przedstawił jako Marsters, antykwariusz z Bostonu. Chciał kupić wszystkie książki.
[22:40] <ian> – Mówił, żebyśmy szybko się decydowali, bo ma samochody i ekipę, która to wszystko zabierze.
[22:40] <susan> – Po jego wyjściu, przed drzwiami, znaleźliśmy martwą wiewiórkę a na drzwiach jej krwią było napisane „śmierć”.
[22:40] < Stuckey > – Hmmm….i to wszystko dla jakichś zwykłych książek? – Policjant drapie się po głowie.
[22:41] <susan> – Nie wiemy, czy zwykłych, były tego cale kartony.
[22:41] <ian> – Marsters mówił, że za jedną z nich był gotów zapłacić 200 $.
[22:41] < Stuckey > Będziemy szukać i tego. Cóż poszukamy śladów…
[22:42] <susan> – Zatrzymaliśmy się w hotelu „The Tilden Arms”. Bardzo byśmy prosili o wszelkie informacje jak uda się państwu znaleźć.
[22:43] < Stuckey > – Dobrze, proszę tam pozostać i nie opuszczać miasta – może będę potrzebować jeszcze kilku wyjaśnień.
[22:43] <mg> – Zaraz, zaraz – odziedziczyliście to wszystko?
[22:43] <susan> – Tak. Jeszcze jedno, ten antykwariusz zostawił nam wizytówkę. Może zechce pan na nią spojrzeć?
[22:44] < Stuckey > Policjant bierze wizytówkę i wsadza do kieszeni – Sprawdzimy tego pana.
[22:45] < Stuckey > A poszkodowany to kim był?
[22:45] <susan> – Harry Lafayette, trzeci spadkobierca.
[22:45] < Stuckey > – Trzeci… A państwo są pozostałymi dwoma, tak?
[22:45] <susan> – Pojechaliśmy do adwokata dopełnić formalności spadkowych.
[22:46] < Stuckey > – Taaaaa……
[22:46] <susan> – On ze względu na zwichniętą kostkę postanowił zostać w domu.
[22:46] < Stuckey > – Dobrze, proszę nie opuszczać miasta. Mogę jeszcze potrzebować wyjaśnień….
[22:47] <susan> – Możemy dostać pana wizytówkę?
[22:47] < Stuckey > – Proszę – i wręcza wam wizytówkę.
[22:47] <susan> – Dziękuje i do widzenia.
[22:48] < Stuckey > – Do widzenia, proszę na siebie uważać – powiedział na odchodnym

Ponieważ Susan wyraziła swoje zmartwienie o Harrego w postaci prośby o przydzielenie policjanta do jego pilnowania, to detektyw zapewnił ją, że w ramach procedur taki policjant pojawi się pod drzwiami. Tak też przewidują procedury, które jasno mówią, że świadek ma prawo do ochrony do momentu złożenia oświadczenia. Ponieważ z Harrym jeszcze nie rozmawiał, to do tego czasu ochrona zostaje udzielona.
Ian i Susan zostawili policję by mogła w spokoju zebrać ślady a sami ruszają do najbliższej budki telefonicznej. Powozi ich taksiarz, który zawiadomił karetkę. Podstawił parę Badaczy na śniegu przed czarną budką. Ian ma plan i chce sprawdzić jedną rzecz.

[20:47] <ian> Dzwonię pod nr który wskazał jako hotel w którym się zatrzymał.
[20:49] <recepcja> – Guardian Apartaments, słucham? – odzywa się miły, kobiecy głos.
[20:49] <ian> – Dzień dobry pani, państwo wynajmujecie pokoje w dla turystów w Arkham?
[20:50] < Recepcja > – Oczywiście, mamy wspaniałe apartamenty dla dwojga oraz całych rodzin, w czym mogę pomóc?
[20:53] <ian> – W zasadzie szukam przyjaciela, który przyjechał przede mną do Arkham, jeśli jest u państwa to bym się u was również zatrzymał, miał on mi dać znać jak tylko wyjedzie ale z nie wiadomych powodów nie odezwał się do mnie a musiałem już ruszać w drogę.
[20:53] < Recepcja > – Jak nazywa się pana przyjaciel?
[20:54] <ian> – Wydzwaniam po wszystkich hotelach w Arkham szukają pana Marstersa.
[20:56] < Recepcja > Słychać szelest kartek. – Nie mamy nikogo takiego u siebie zameldowanego.
[21:07] <ian> – Mmm, a może to na jego współpracownika był pokój rejestrowany, taki pan elegancko ubrany (i opisuje wygląd marstersa)?
[21:08] < Recepcja > – U nas jest wiele takich osób. Dziś był ktoś z rana, ale zapytał się tylko o ceny i wyszedł. Może to pański przyjaciel?
[21:10] <ian> – Mmm być może, ale jeśli nawet to raczej go nie znajdę u państwa, no nic dziękuję bardzo za pomoc, do widzenia.

Rozmowa zakończyła się niczym. Marsters najwyraźniej nie został tam, gdzie podał. Korzystając z tego, że jeszcze jest wcześnie ruszono na pocztę. Tym razem jest otwarta. W środku jest niewiele ludzi więc z dostaniem się do okienka nie ma problemu.

[21:17] <ian> – Dzień dobry pani.
[21:18] <pracownica> – Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
[21:18] <ian> – Nasz krewny odszedł i chcielibyśmy sprawdzić czy posiadał jakąś skrytkę pocztową.
[21:18] <ian> – Proszę, tu jest zaświadczenie od notariusza, o kogo chodzi i że jesteśmy spadkobiercami.
[21:20] <mg> Kobieta sprawdza dokument. Potem sięga do zeszytu i sprawdza w nim jakiś ciąg kolumienek. Po paru chwilach wraca do okienka i mówi:
[21:20] < Pracownica poczty > – Ten pan nie miał u nas skrytki pocztowej.
[21:21] <ian> Zapytam pokazując mały kluczyk na breloku – Zdawało mi się, że podobne klucze są do tutejszych skrytek.
[21:22] < Pracownica poczty > – Nie, to nie nasz kluczyk.
[21:24] <ian> – Dziękuje pani bardzo, do widzenia.

Po wizycie na poczcie przyszedł czas na szpital i odwiedzenie Harrego. Szpital Świętej Marii to jedyny szpital Arkham. Ma on ponad 150 łóżek i jest jednocześnie miejscem, gdzie praktykują studenci medycyny z Uniwersytetu Miscatonic. Budynek szpitala do dawny kościół protestancki, który jednak ulegał licznym przeróbkom przez lata. I to tutaj przywieziono Harrego. Taksówkarz zostawił Iana i Susan przed wejściem i sam odjechał.
Para weszła do środka. Zapach formaliny oraz środków dezynfekujących jest bardzo intensywny. Na dole, tuż po wejściu, wchodzi się do dużego hallu gdzie jest okazała recepcja, szatnia, miejsce dla rodzin czekających na swoich bliskich oraz kilka pomieszczeń gospodarczych. Zaczęło się od recepcji:

[21:43] <susan> – Dzień dobry.
[21:44] <mg_> – Dzień dobry.
[21:44] <susan> – Niedawno przywieziono do państwa naszego przyjaciela który został pobity. Można się dowiedzieć, na jakim oddziale leży?
Szpital
[21:44] <mg_> – Pewnie na urazówce lub ostrym dyżurze. Jak nazwisko?
[21:45] <susan> – Harry Lafayette ale był nieprzytomny wiec nie wiem czy ktoś podał jego nazwisko.
[21:46] <mg_> – Było w dokumentach…
[21:46] <susan> – Pokieruje nas pani?
[21:47] <mg_> – Proszę zaczekać, bo teraz jeszcze nim się zajmują, ale potem będzie już normalnie na sali. Proszę iść pod salę numer 13 do doktora Spoona Juniora. Tam się dowiedziecie, co dalej.
[21:47] * Ian od uderzenia szpitalnej bryzy zrobił się markotny
[21:47] <susan> – Dziękuję.
[21:47] <mg_> – To w te drzwi po prawej.

Od recepcji dwójka ludzi ruszyła w stronę korytarza zastawionego ławkami i łóżkami z pacjentami. Jest tu dużo ludzi i zapach a miejscami nawet smród, jest duży. W mijanych salach widać komplet miejsc, nie ma nic wolnego. Wszędzie unosi się zapach środków do czyszczenia. Wreszcie udało się przebić na drugą stronę korytarza do drugiego hallu. Tutaj oznaczenie numerków jest nad wejściami w korytarze i 13 jest w tym na prawo od wejścia tutaj. Przy drzwiach, kiedy wreszcie udało się tam dojść, widać napis “Gabinet Lekarski, dr. Spoon Jr”. Susan zapukała. Drzwi się otworzyły i ukazały postać doktora.

Dr spoon jr

[21:56] <spoon> – O….witam ładną panią – uśmiechnął się. Uśmiech ma nieskazitelny.
[21:56] <susan> – Dzień dobry doktorze. Jesteśmy znajomymi pana Harrego Lafayette. Może nam pan powiedzie coś o jego stanie zdrowia?
[21:57] <spoon> – To ten pan, co go ostatnio przywieźli?
[21:57] <susan> – tak, my wezwaliśmy karetkę.
[21:58] <spoon> – Dobrze, dobrze, tak, tak…. z państwa znajomym wszystko jest w porządku.
[21:58] <ian> – uff
[21:58] <susan> – Odzyskał przytomność?
[21:58] <spoon> – Zaprowadzę państwa na salę, gdzie pewnie już został zawieziony by się wybudził.
[21:58] <susan> – Dziękujemy!
[21:58] <spoon> – Jak chcecie to możecie zostać. Na szczęście nie zostało nic ważnego uszkodzone. Złamane żebra będą się goić, ale to i tak szczęście, że tylko na tym się skończyło. Zalecałbym też potem wizytę u dentysty, bo brakuje mu kilku zębów.
[22:00] <susan> – Sprawiał wrażenie jakby stracił sporo krwi.
[22:00] <mg> Idziecie korytarzem rozmawiając. Doktor prowadzi was korytarzem do samego końca i otwiera salę o numerze 17. Przed drzwiami siedzi policjant i czyta gazetę. Gdy podchodzicie to wstaje i uważnie się wam przygląda.
[22:01] <mg> – Ci państwo wezwali karetkę po tego pana – Mówi doktor do policjanta.
[22:01] <mg> – A państwo są kim? – spytał policjant.
[22:02] <susan> – Przyjaciółmi.
[22:02] <policjant> – Mogę zobaczyć dokumenty?
[22:02] <susan> – Tak, proszę.
[22:02] <susan> Pokazuje mu swój dowód.
[22:02] <ian> – Jasne, rozmawialiśmy też z porucznikiem Stuckeyem.
[22:03] <policjant> – Dobrze, proszę wejść – dowód zatrzymam. Jak będzie pani wychodzić to go zwrócę.
[22:04] <susan> – Może pan wejść z nami.
[22:05] <ian> – Susan, pan ma swoje rozkazy, niech patrzy czy ktoś się tu nie kręci przypadkiem.
[22:05] <policjant> Poczekam tutaj. Muszę pilnować wejścia.
[22:05] <susan> – Jak uważacie. Wchodzę do środka.
[22:05] <mg> W środku widać niewielką salę z trzema łóżkami. Na jednym z nich leży Harry.
[22:06] <mg> Ma zabandażowaną głowę, gustowne niebieskie wdzianko i kilka szwów oraz plastrów na twarzy. Albo śpi albo jest nieprzytomny, ale oddycha.
[22:06] <susan> – Harry!
[22:07] <mg> Harry powoli otwiera jedno oko…
[22:07] <mg> Jest zaczerwienione, ale świadome tego, kogo widzi.
[22:07] <mg> Harry rozpoznaje was.
[22:08] <susan> – Jak się czujesz?
[22:08] <susan> Siadam na łóżku obok.
[22:08] <susan> (mam nadzieję, ze nie ma tam żadnego pacjenta)
[22:09] <mg> Nie, poza Harrym jest pusto.
[22:08] <harry> – yhh gdzie ja jestem?
[22:09] <susan> – W szpitalu. Pamiętasz, co się stało?
[22:09] <mg> – To już państwa zostawiam – mówi doktor i wychodzi.
[22:09] <ian> – Dziękujemy doktorze.
[22:09] <harry> – To ścierwo wysłał goryli. Próbowałem uciec.
[22:10] <ian> – Widziałeś go tam?
[22:10] <harry> – yhhh boli…nie jestem pewien…
[22:11] <harry> – Dobrze byli zorganizowani obstawili wszystko. Jednego chyba nieźle zraniłem bo spadł z dachu. Przyjechali czarnym fordem.
[22:11] <susan> – Policja z tobą gadała juz?
[22:12] <harry> -Nie.
[22:12] <susan> – Pamiętasz numery?
[22:13] <harry> – Nie. Od razu wbiegli na posesje. To byli fachowcy. Znaleźliście księgę na dachu ?
[22:15] <ian> – Jaką?
[22:15] <harry> – Próbowałem ratować ile się dało ….O kozach ….
[22:15] <susan> – Gdzie ją zostawiłeś?
[22:15] <ian> – Tam wszystko wyczyścili, chyba, że ją schowałeś gdzieś.
[22:15] <harry> Na dachu. Tam powinna leżeć.
[22:16] <susan> – Ian niczego nie znalazł.
[22:16] <harry> – Nie ważne musicie policje wysłać do tego gościa.
[22:16] <susan> – Próbowaliśmy…
[22:16] <harry> Muszą zatrzymać pojazd, który jedzie do Bostonu. Czarny ford.
[22:16] <susan> – …ale się chyba ulotnił. Możemy to powiedzieć policjantowi za drzwiami.
[22:17] <ian> Wychodzę na zewnątrz.
[22:18] <mg_> Policjant siedzi na krześle i czyta gazetę,
[22:18] <ian> – Panie oficerze, pacjent się obudził, proszę powiadomić pana Stuckeya.
[22:18] <mg> Poderwał się, gdy otworzyły się drzwi.
[22:18] <mg> – Dobrze, już dzwonię po detektywa – i rusza w stronę recepcji.
[22:18] <susan> – Czemu akurat o kozach? Znalazłeś cos w niej?
[22:20] <harry> – Nie wiem. Ciekawa była.
[22:20] <ian> – Ukryłeś ją tam? Bo ja nic nie widziałem na dachu.
[22:20] <harry> Nie, zostawiłem na dachu.
[22:20] <susan> – Czyli ją zabrali.
[22:21] <susan> – Ilu ich było?
[22:23] <harry> siedmiu
[22:23] <harry> -Jeden samochód. Jeden albo zginął albo jest w podobnym stanie bo zleciał z dachu.
[22:24] <susan> – Ty tez zleciałeś z dachu a zwichnąłeś sobie tylko kostkę.
[22:24] <ian> – to nie Ty spadłeś?
[22:24] <harry> – Razem. Zdążyłem sprzedać mu kosę.
[22:25] <susan> – Wynieśli wszystkie książki.
[22:25] <susan> – Popatrzmy na te, co mamy.
[22:25] <susan> Wyjmuje z torby jedna z tych ręcznie zapisanych.
[22:25] <harry> – Może przywieźli tu tego gościa
[22:26] <susan> Jednocześnie nasłuchuję i jak usłyszę, ze ktoś otwiera drzwi, zaraz ja schowam.
[22:26] <harry> – Ale nie wyglądali na tak głupich.
[22:26] <susan> – Potem sprawdzimy.
[22:26] <susan> Oglądam też książkę
[22:26] <susan> Co w niej jest?
[22:27] <mg> Oprawiona w skórę, zapiski w środku wyglądają na ciągi cyfr, ale jakichś dziwnych. Bo z bliska nie przypominają znanych cyfr.
[22:27] <mg> Dopiero jak się ogląda z odległości to przypominają.
[22:27] <mg> I tak jest zapisana cała księga, ponad 100 stron takich maczków – od prawej do lewej.[22:29] <mg_> Może i przypomina to alfabet, ale dla was najprędzej przypomina to szyfr.
[22:31] <susan> Nic się nie wyróżnia?W sensie, jakaś jedna strona albo jakieś bazgroły na okładce.z
[22:31] <mg> To są takie deformacje – one przypominają cyfry, ale jak się przyjrzysz to jednak nimi nie są a styl odręczny raczej jest za bardzo powtarzalny by było to tylko kilkukrotne pomylenie się w pisaniu.
[22:31] <ian> Jestem w stanie stwierdzić czy to arabski? Hebrajski albo aramejski?
[22:31] <mg> Nie ma nic z bazgrołów. Druga książka ma dużo bazgrołów
[22:32] <mg> Nie przypomina to żadnego znanego wam języka.
[22:33] <susan> – Może trzeba będzie przejść się z tym na uniwersytet?
[22:33] <susan> Chowam te i wyciągam drugą.Co w niej jest?
[22:34] <mg> Druga jest kolorowa, zabazgrana i sporo tam obrazków. Wszystkie ręczne pisane i rysowane. Domki, drzewa i chmurki. Przypomina to bazgroły dziecka.
[22:34] <susan> Wygląda na starą czy raczej to nowe rysunki?
[22:35] <mg> Mogą mieć parę lat, ale na dwustuletnie czy starsze to nie wyglądają
[22:36] <susan> Ta masakra w Greenwood to kiedy była?
[22:36] <mg> Tak ze 20 lat temu.
[22:37] <susan> Coś jeszcze jest w tej książce?
[22:38] <mg> Nie, czasami jakieś napisy – w stylu “słońce”, “pies”, “ośmiornica”. Dziecięce zapiski.
[22:40] <susan> Czy takie symbole jakie były w poprzedniej książce widział ktoś z nas wcześniej na poprzednich papierach, książkach itp?
[22:40] <mg> Nie, takich nie było.
[22:40] <susan> – No nic, Ianie, może zostawimy Harrego, jak przyjedzie detektyw i rozejrzymy się dalej?
[22:41] <ian> – Ok tylko co dalej?
[22:41] <susan> – Bank, uniwerek?
[22:41] <ian> – Nie chce zostawiać tej sprawy z pobiciem Harrego.
[22:41] <harry> – Może mi zostawicie coś do czytania?
[22:42] <ian> – A dasz rade potrzymać sobie książkę chociaż?
[22:42] <mg> Tak średnio póki co.
[22:42] <susan> – Tylko co możemy zrobić? Jechać do Bostonu w poszukiwaniu antykwariusza i 7 drabów?
[22:43] <susan> – Zostawmy to policji. Poza tym obawiam się, ze jak w tych książkach, co mają, nie znajda tego czego szukali to sami się zgłoszą.
[22:43] <harry> – Możecie detektywa wynająć.
[22:43] <harry> -Póki trop jest świeży.
[22:43] <ian> – Dobry pomysł.
[22:44] <susan> – Po co detektywa, skoro policja się tym zajmuje?
[22:45] <harry> – Przypomniałem sobie tytuł tej książki…"Mosters and their Kynde"
[22:46] <susan> – Antykwariusza na pewno sprawdzą.
[22:47] <harry> Wątpię. Nie ich dystrykt
[22:47] <susan> – Z reszta jak chcecie, mnie nie stać na wynajęcie detektywa.
[22:48] <susan> Która jest godzina?
[22:48] <mg> Dochodzi 16.
[22:49] <ian> – Odpoczywaj i nie gadaj za dużo Garry, jeszcze wpadniemy.
[22:50] <susan> Otwieram drzwi. Siedzi strażnik?
[22:50] <mg> Tak, siedzi.
[22:50] <harry> – Ci goście mieli akcent z Bostonu.
[22:50] <susan> – My będziemy już się zbierać. Pacjent zostaje pod pana opieką.
[22:51] <policjant> – Detektyw już jedzie, także pewnie złoży zeznania.
[22:51] <susan> – Proszę dokumenty z powrotem.
[22:51] <policjant> – Proszę.
[22:52] <susan> – Trzymaj się Harry

Popołudnie na dobre zagościło na ulicach Arkham. Śnieg wszystko skrył pod puchową pierzyną. Mróz też już zrobił swoje i pięknie przyozdobił szyby wystaw oraz zwykłych domów. Susan i Ian chcieli jeszcze dziś sprawdzić banki, czy może któryś z nich nie ma skrytki, do której by pasował kluczyk od Silasa. Policjant przy pokoju Harrego powiedział, że o tej porze już wszystko pozamykane, bo banki są czynne do 15 więc dopiero jutro będzie to możliwe. Skoro odpadły banki zostało sprawdzenie Uniwersytetu. Na szczęście tenże zaczyna się już za ulicą, więc nie było problemu by go sprawdzić.
Arkham Miskatonic CampusPo drugiej stronie ulicy rzeczywiście zaczynają się tereny kampusu, ale ich ilość i różnorodność wywołały konsternację na twarzach dwójki Badaczy. Widzieli już swoje uczelnie, ale jeszcze żadna nie miała tak bardzo rozbudowanego zaplecza, jeśli chodzi o sprawy związane z nauką. W szpitalu praktykowali studenci, na terenie kampusu było muzeum, kilka sal wykładowych, budynki uczelni i wszelkich innych kierunków. Wzorem najstarszych uczelni w kraju było tu wszystko. I dlatego znalezienie tutaj czegokolwiek będzie trudne. Na szczęście każdy z budynków był podpisany, choć to żadna pociecha.
Arkham CampusIan i Susan ruszyli wzdłuż College Street patrząc na wszystkie budynki wokół. Wreszcie podeszli do jednego i przeczytali tabliczkę przy drzwiach – „University Exhibit Museum”. Budynek był otwarty. Miłe ciepło przywitało już od progu, ale nie tylko to. Zapach kurzu, pasty do podłóg i preparatów konserwujących również dołożył swoje do atmosfery sal wystawowych. Sporej wielkości hall był równie wiekowy co cały budynek. Z niego można było udać się w kilku kierunkach wybierając sobie wystawę, którą się chciało zobaczyć. Tablica informacyjna mówiła o wystawach dotyczących prehistorii i dinozaurów, wykopalisk indiańskich, obszarów polarnych, odkryć geologicznych, biżuterii i wiele innych. Mnogość i bogactwo wystaw naprawdę robiło wrażenie i Ian musiał przyznać, że to plasuje Uniwersytet Miskatonic w czołówce uczelni w całych Stanach. Nie mogło zabraknąć również wystawy poświęconej Egiptowi.
W środku wystawyZakupiono dwa bilety i przy okazji Susan próbowała dowiedzieć się, czy ktoś tutaj znał Silasa. Niestety, ani kasjerka ani ochroniarz nie kojarzą takiego kogoś. A jeśli nawet – przez wystawę przechodzi masa ludzi i nie sposób pamiętać wszystkich. Pozostało zatem wykorzystać godziwie bilety i przejrzeć to, co uda się w niecałe dwie godziny. Oczywistym było, że Ian będzie tutaj rozglądał się za wszystkim, bo eksponatów było naprawdę dużo. Ekspozycja dotycząca faraona Nephren-Ka podniosła mu nawet ciśnienie, ale wyjątkowy brak czasu nie pozwolił na głębsze poznanie sarkofagu oraz zebranych przedmiotów. Nawet pobieżne przejrzenie sal ledwo co zmieściło się w tak okrojonym czasie. Za oknami było już ciemno, ludzie niespiesznie wychodzili i wracali do domów lub akademika.
Burczenie w brzuchu przypomniało, że od czasów fasolki w puszce nic jeszcze nie jedli. Zanim więc Ian i Susan ruszyli do hotelu postanowili wstąpić do knajpki by coś zjeść. Za niecałe pół godziny już siedzieli wygodnie w takiej speakeasy, popijali piwo i szykowali się do solidnego obiadu. Nie obyło się oczywiście bez rozmowy o obecnej sytuacji.

[13:42] <ian> – Pomyślmy nad tym prywatnym śledczym.
[13:43] <susan> – Ja nie zarabiam tyle, aby sobie pozwolić na wynajmowanie detektywów.
[13:43] <ian> – Dowiedzmy się wpierw ile to kosztuje.
[13:45] <susan> – Poza tym mam wątpliwości czy warto. W końcu to obowiązek policji.
[13:47] <ian> – Albo zostawiamy to, sprzedajemy posiadłość i zapominamy o sprawie albo staramy się odkryć kim był człowiek, który nas wskazał w testamencie. I dlaczego tyle nieścisłości wokół tego.
[13:48] <susan> – Nie musimy do tego wynajmować detektywa.
[13:48] <ian> – Nieszczery adwokat, antykwariusz z gangiem, dziwne postacie biegające po nocy po to by zdobyć coś.
[13:51] <susan> – Z resztą jak uważasz – możesz zainwestować.
[13:52] <ian> – Mnie głównie chodzi o tego Marstersa i jego gang i gdzie są książki Silasa. A resztą możemy sami się zająć.
[13:52] <susan> – Dobrze, jak chcesz, możemy iść do detektywa, ale ty mu płacisz.
[13:55] <ian> – Proponuję wziąć taksówkę, podjechać pod dom i zbadać ślady tego forda którym przyjechała ekipa.
[13:56] <susan> – Zakładając, że nie rozjechała ich ekipa policyjna.
[13:56] <ian> – Nie, tamci wjechali na podwórko by być jak najbliżej drzwi, reszta się zatrzymywała przed posesją.
[13:57] <susan> – A ford się nie zatrzymywał przed posesja?
[13:58] <ian> – No właśnie mówię, że ford wjechał na podwórko jak najbliżej domu.
[13:58] <susan> A policja i karetka nie? Jak chcesz możemy pojechać i sprawdzić.
[14:00] <ian> Karetka by się zakopała nie jest tak lekka i zwrotna jak osobówka a policja parkowała przy ulicy.
[14:01] <ian> Dobrze, proszę o telefon i dzwonię po naszego taksówkarza.

Po obiedzie nasza dwójka rusza do domu Silasa by przejrzeć samemu pozostawione ślady. Tymczasem Harry ma gościa.

[13:17] <mg> Przychodzi detektyw. Rosły, bez munduru, ale w prochowcu i stesonem na głowie. Wygląda na dość młodego, ale jest nieogolony i zarośnięty lekko.
[13:17] <harry> Hmmm wygląda jak jeden z tych co mnie napadli?
[13:18] <mg> Nie, raczej nie, choć wygląda jak ochroniarz.
[13:18] <mg> Wyciąga legitymację i odznakę mówiąc: – Jestem detektyw Stuckey i prowadzę sprawę pańskiego pobicia i włamania do domu. Rozmawiałem już z pana przyjaciółmi i teraz chciałbym poznać relację z pana punktu widzenia.
[13:20] <harry> – Witam Pana. Jestem Harry Lafayette.
[13:21] <stuckey> – Tak, to już ustaliliśmy jak pana tu przywieźli. Z dokumentów. Witam, choć okoliczności nie są ciekawe. Dostał pan niezły wycisk. Zatem słucham – co stało się w domu.
[13:22] <harry> – No cóż, nie wiedziałem, że w Arkham macie do czynienia z tego typu wypadkami godnymi bostońskiego Chinatown.
[13:23] < Stuckey > – To pan jeszcze nie zna Arkham panie Lafayette
[13:22] <harry> – To była szybka sprawa. Gdy Susan i Ian ruszyli do centrum…
[13:24] <harry> – Może zacznę od porannej wizyty. Niespodziewany gość zapukał do drzwi. Przedstawił się jako kolekcjoner, który robił interesy z Silasem – byłym właścicielem posesji.
[13:25] < Stuckey > – To jest pan…. – zaczyna szukać w notatniku – pan Marsters, tak?
[13:25] <harry> Tak się przedstawił, ale wątpię by było to jego prawdziwe nazwisko. Nie owijał w bawełnę i od razu zaproponował nam, że odkupi od nas wszystkie książki. Ale daje nam na to 2 dni. Jego propozycja była dziwna, bo wspomniał nam o ryzyku trzymania książek, że jakieś wypadki mogą się zdarzyć.
[13:28] < Stuckey > – A czy był zdenerwowany, rozglądał się nerwowo albo coś takiego dało się zauważyć? Skoro to bibliotekarz to raczej nie ma nerwów ze stali jak zawodowy cyngiel czy ktoś taki.
[13:28] <harry> – Raczej podekscytowany był, gdy wspomnieliśmy o księgach. Że jest ogromna kolekcja.
[13:30] < Stuckey > – Czy doszliście z nim do porozumienia?
[13:30] <harry> – Jego oferta na dzień dobry to 200 dolarów za wszystko ale wiedzieliśmy, że w tej kolekcji są księgi, które zapewne można by sprzedać za 1000 lub więcej. Wyczuwaliśmy, że próbuje nas oszukać. Widzi pan, jak pan coś kolekcjonuje to jednak pan wie, czego szuka. Interesuje Pana konkretny model, a ten człowiek od razu chciał kupić wszystko.
[13:32] < Stuckey > – Ja tam się na tym nie znam, bo nie jestem typem kolekcjonera. Ale znam chociażby historię poszukiwaczy złota, którzy musieli przesiać tony piachu by zdobyć kilka grudek złota.
[13:33] < Stuckey > Może tu działa się tak samo – kupuje się cały zbiór by potem dostać to, co najlepsze.
[13:33] <harry> – Przeszukaliśmy i znaleźliśmy około 15 ksiąg. Naprawdę stare wydania. Niektóre pisane odręcznie.
[13:34] < Stuckey > – I sądzi pan, że to o nie mogło chodzić temu panu?
[13:34] <harry> – Na pewno. To znaczy, jestem przekonany, że to jest jakoś powiązane.
[13:35] < Stuckey > – Czyli przeszukaliście państwo bibliotekę już po wyjściu tego kogoś, tak?
[13:35] <harry> – Nie, wcześniej.
[13:36] < Stuckey > – I nie pokazaliście mu tego, by potwierdził, że tego właśnie chce?
[13:36] <harry> – Nie, ale wspomniał o niedokończonej transakcji. I że przyjechał z samochodami.
[13:36] <harry> – Ten dom to była rudera. Nie było w nim nic poza książkami.
[13:36] < Stuckey > – Widziałem. Nie sprawia wrażenia dobrze utrzymanej posiadłości. A wracając do głównej myśli – myśli pan, że wrócił by ją dokończyć?
[13:37] <harry> – Tak i daje nam 2 dni by wszystko zabrać.
[13:38] <harry> – Stwierdził, że na miejscu ma transport i może od ręki zabrać wszystko. Więc widzi Pan – za dużo rzeczy się pokrywa. Ci, co mnie napadli, przyjechali takim czarnym fordem.
[13:39] < Stuckey > – Dlaczego wyczuliście, że to może być oszustwo? Oferował za mało czy za dużo?
[13:39] <harry> – Zdecydowanie za mało.
[13:40] < Stuckey > – A na ile wyceniał by pan tą kolekcję?
[13:40] <harry> – Nie wiem. Naprawdę nie wiem, ale przeszukaliśmy połowę kolekcji i znaleźliśmy z 15 takich ksiąg, które mają bez mała ponad 200 lat. Niektóre to pierwsze wydania.
[13:41] < Stuckey > – Pytam się, bo teraz musimy zrobić spis tego co zostało, potem tego co mogło być skradzione i wycenić to by oszacować by kradzież ma podstawy pod paragraf. Wie pan, jeśli skradziono coś za 5 dolarów to nie ma podstaw by traktować to jak włamanie z rabunkiem.
[13:42] <harry> (uśmiecham się)
[13:42] < Stuckey > – No dobrze. To teraz może już sam moment włamania. Jak to wyglądało?
[13:42] <harry> Hmm musi pan wpaść do Uniwersytetu i zapytać się o unikatowe wydania. Niektóre z tych ksiąg były pisane innym alfabetem – arabskim lub żydowskim.
[13:43] < Stuckey > – Jakiegoś konsultanta będziemy musieli wziąć – to pewne. Jednak co do ksiąg skradzionych to będzie trudne bez ich pokazania.
[13:44] <harry> Hmm możliwe.
[13:44] < Stuckey > – Pan wie – dla mnie książka wygląda tak samo. Cyferki, literki i okładka. Takich mogą być tysiące. A jeszcze, jak pan sam mówił, nie było wiadomo co tam tak naprawdę było jeszcze.
[13:45] <harry> – Prawda.
[13:45] < Stuckey > Będzie to bardzo ciężko znaleźć – jeśli się nie wie, czego szukać.
[13:45] <harry> – Jeden tytuł mogę podać, bo czytałem.
[13:46] < Stuckey > – Więc od razu zaznaczę, że jeśli chodzi o kradzież to bym tu nie miał nadziei, że uda się wszystko znaleźć. Może kilka tytułów, ale reszta, im więcej czasu upłynie, tym trudniejsza będzie do znalezienia.
[13:48] <harry> – Proszę mi dać chwilę to spróbuję przypomnieć sobie ten tytuł.
[13:49] < Stuckey > – Jak pan sobie przypomni to pan poda. Wróćmy do włamania. Jak to wyglądało?
[13:50] <harry> – Podjechał czarny ford. Wyskoczyło z paki 7 typków z łomami, palkami i nożami. Jeden miał gnata. Nie zastanawiałem się szybko i wlazłem na 1 piętro, gdzie były księgi. Chwyciłem za dwie i wszedłem po drabince na dach. Nie miałem szans. Gdy wbiegałem na schody goście już byli w środku, więc pomyślałem, że przeczekam ich na dachu.
[13:55] < Stuckey > – I co dalej?
[13:56] <harry> – Niestety, ten ze spluwą stał na zewnątrz i mnie zauważył. Krzyknął do mnie, bym zszedł z dachu i oczywiście odmówiłem. Wtedy poszła szyba na poddaszu i wylazł jeden z napastników. Odłożyłem księgę i zaatakowałem go nożem. Nawet go zraniłem, ale on tylko mruknął i przywalił mi. Wtedy chwyciłem go i uderzyłem go z główki i zlecieliśmy z dachu. Gość chyba źle wylądował na mnie. Ten drugi skopał. Potem słyszałem tylko jak zwijają kartony z książkami. Dodam tylko, że goście mieli bostoński akcent. Prawdopodobnie, bo nie jestem pewien na 100 procent.
[14:00] < Stuckey > – Rozumiem. I pewnie, dlatego skojarzył pan ten fakt z wcześniejszą wizytą pana Marstersa. A czy jest szansa, że ktoś jeszcze mógłby się połaszczyć na te książki?
[14:00] <harry> Z akcentem??? Czy z faktem, że poinformował nas o tym że ma do dyspozycji transport i ludzi by przeładować księgi?
[14:01] < Stuckey > – Nie, z książkami. Bo im też chodziło o książki, prawda?
[14:01] <harry> Tak. Wie Pan, była tu Susan i pytałem się czy znaleźli te książki na dachu. Niestety, je też zwinęli. Powiem panu, że takiej akcji w życiu nie widziałem.
[14:03] < Stuckey > – Dobrze, to chyba mam pogląd na tą sprawę. Teraz mamy kilka tropów i będziemy je sprawdzać.
[14:03] <harry> – Jedna jeszcze uwaga…
[14:03] < Stuckey > – Wygląda to na zawodową akcję, zatem ktoś musiał zapłacić i komuś musiało zależeć.
[14:03] <harry> – … bo to jest jeden wątek bezpośrednio związany z napadem. Jeszcze jest drugi, który mnie zaniepokoił.
[14:04] < Stuckey > – Jaki?
[14:04] <harry> – Poprzedniej nocy ktoś się kręcił wokół posesji. Nie wiem, kto to był. Myślałem, że to sąsiad, ale gdy zawołałem do niego to uciekł do lasu. Wie Pan, to było dziwne. Tak się nie robi, chyba ze chce się kogoś przestraszyć.
[14:06] < Stuckey > – Może jakiś bezdomny? Zaczęło padać w nocy to może myślał, że jest pusto w domu. I chciał się schronić.
[14:06] <harry> Może, ale on to dwa razy zrobił.
[14:11] <harry_> – To znaczy, pierwszy raz go widziałem, jak szedłem po drewno. A potem mój kolega Ian i podobna sytuacja. Zaniepokoiło mnie to, bo dowiedzieliśmy się ze brat Silasa uciekł ze szpitala w Greenwood.
[14:13] < Stuckey > – I tak będziemy przeszukiwać okolicę to jak coś uda się zobaczyć, to sprawdzimy również ten trop.
[14:13] <harry_> – Dobrze. Zna może pan dobrego prywatnego detektywa? Takiego, którego Pan może nam polecić po fachu. Wiem, że Boston to nie jest Pana dystrykt i zastanawiam się nad wynajęciem kogoś, kto namierzy te księgi.
[14:15] < Stuckey > A chciałby pan detektywa z Bostonu czy z Arkham?
[14:16] <harry_> Może być i z Bostonu i z Arkham. Liczą się jego umiejętności oraz kontakty.
[14:17] < Stuckey > Z Arkham mogę polecić Kennetha Heatha. Mieszka przy 136 E Curwen Street
[14:17] <harry_> Dobrze zapisze sobie.
[14:18] < Stuckey > W Bostonie mam znajomego – Patrick Gowan. Mieszka przy London Street 123.
[14:18] < Stuckey > Nie mam telefonów do nich – nie ogłaszają się specjalnie.
[14:18] <harry_> – Rozumiem i dziękuję panu. Jeśli będzie możliwość to jeszcze wizytówkę od pana bym poprosił na wypadek gdybym sobie cos przypomniał.
[14:19] < Stuckey > – Proszę się kurować. Gdyby coś się panu przypomniało, t o proszę przekazać mi lub policjantowi przy drzwiach.
[14:19] < Stuckey > Zostawia swoją wizytówkę i wychodzi.

Harry wrócił do odpoczynku. Doprosił się o kartkę papieru, jakiś ołówek i zaczął pisać utwór, który być może ukoi jego wątpliwości. Coś niewątpliwie na trąbkę. Tylko to potrafi odegnać wizję koźlątka spacerującego samotnie po lesie.
Tymczasem Ian i Susan ruszyli z hotelu i udali się do domu Silasa (obecnie to już ich własnego). Widać liczne ślady – zarówno policjantów jak i pewnie jeszcze minionych zdarzeń. Ianowi udało się jeden fragment odcisku opony znaleźć – najbardziej wyraźny, jaki się dało na tym śniegu. Potem wyciąga notatnik i zaczyna pieczołowicie przerysowywać ślad na papier. Susan w tym czasie przegląda co jest w domu. A tam totalny chaos – mokro, naniesiono sporo śniegu, totalny kipisz w pudłach i papierach. Liczne ślady butów, deptania, nic do odczytania. Na górze to samo, oczywiście poza tym, że jest mniej pudeł, bo tutaj było więcej książek. Udało się też sprawdzić śnieg pod miejscem, gdzie była bójka na dachu czy przypadkiem księgi nie zsunęły się, ale nic z tego. Na dachu też nic nie widać poza śladami łażenia innych osób. Wszystko wskazuje na to, że księgi zostały zabrane, co do jednej. Nie pozostało nic innego jak wrócić do taksówki i obmyślić ciąg dalszy działań.
Taksiarz potwierdza, że ślady, które wyrysował Ian to pewnie ford i to ciężki, taki dostawczy. Często do sklepów takie dojeżdżają z Bostonu.
Ford - ten jest bez budy, ale właściwy ma budę

[14:57] <ian> – To jak? Czekamy aż Harry będzie w stanie wstać na nogi i ruszamy za tym Marstersem?
[14:57] <susan> – Tymczasem udamy się jutro do banku i Nicholsa.
[14:57] <ian> – W porządku.
[14:57] <susan> – Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nasz adwokat tak łatwo tego domu nam nie przekaże.
[14:58] <ian> – Jutro się przekonamy, teoretycznie jeszcze nie wie o napadzie. Możemy łatwo go zdyskredytować podając te fakty, o których wiemy.
[14:59] <susan> – Ale z drugiej strony z każdego może znaleźć wytłumaczenie a nam ciężej będzie udowodnić, że zupełnie nieznana osoba wzięła nas na spadkobierców. Od razu stajemy się mniej wiarygodni.
[15:00] <ian> – Tak, ale fakt, że go widziano u Silasa na kilka dni przed jego śmiercią, a on tak wprost kłamie i to bez przyczyny, to średnio to wygląda.
[15:01] <susan> – My go pytaliśmy, czy widział się z Silasem. Może się wykpić mówiąc, że odwiedzał, ale nie widział.
[15:02] <ian> – Bo w sumie mógł powiedzieć, że się widzieli i że robili coś mało istotnego, cokolwiek… a on że raz kilka miesięcy wcześniej go widział.

Potem nastał wieczór i zapadła noc. Wszyscy zasnęli w spokoju by wreszcie odespać te ostatnie kilkadziesiąt nerwowych godzin. Harry niespokojnie wiercił się w łóżku śniąc o lesie. Susan myślami była już w Bostonie, bo już nie chciała być w tym mieście a Ian przechadzał się pośród galerii egipskiej i przyglądał się eksponatom. Czujne oczy czarnego faraona śledziły jego poczynania.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.